Kjerag to słynny głaz zaklinowany w szczelinie między dwoma pionowymi ścianami góry Kjerag w Norwegii. Niewielki, zaledwie 5 metrowy kamień zawieszony jest na wysokości 1000 metrów nad wodami Lysefjorden. Jest to jeden z najbardziej znanych i ekstremalnych punktów widokowych w Skandynawii  i jedna z największych atrakcji turystycznych regionu.

Autor: Przemysław Borys 

Kjerag – parametry trasy

Państwo – Norwegia
Rejon:
południowo-zachodnia część kraju
Punkt wyjścia: restauracja Øygardstølen (640 m n.p.m.)
Czas: 1 dzień
Pora roku: wiosna, lato
(trasa dostępna jest w okresie 1 czerwca – 31 sierpnia)
Trudności:
Trasa prowadzi przez polodowcowe kamienie, które mogą być śliskie, szczególnie podczas opadów deszczu. Należy zachować szczególną ostrożność przy wejściu na sam widokowy głaz.
Suma wzniesień: ok. 800
m
Długość trasy: ok. 11 km (tam i z powrotem)
Czas wyprawy: (sam przemarsz): ok. 6 h (tam i z powrotem)

Kjerag - mapa trasy

Kjerag – mapa trasy

Na Kjerag wybieramy się dzień po zwiedzaniu Oslo. W związku z tym nocleg wypadł nam w okolicach Telemarku. O 6 rano wstaliśmy i wyruszyliśmy z Telemarku na Kjerag (po norwesku czytają jakoś „Sierag”). W drodze przez góry (chyba okolice Sitåsteigen) malownicza wioska z dachami krytymi darnią (fot. niżej po lewej).

Górskie drogi są mniej więcej tej szerokości, jak na powyższych zdjęciach. Niżej, w wioskach są nieco szersze, wyżej w górach – na szerokość jednego samochodu. Na szczęście wcześnie rano prawie nie było potrzeby mijanek. Jak wracaliśmy z Kjeragu – już tak różowo nie było i trzeba było korzystać z zatoczek (jedną widać za owcami). Sporo owiec. Co ciekawe, tutaj jest właściwie teren niezabudowany (80 km/h), ale taką prędkość można rozwinąć tylko na prostych odcinkach z dobrą widocznością. Sporo jest też zjazdów – po jednym z nich zaczęły nam się palić hamulce (nieopatrznie zjeżdżaliśmy na tempomacie, który nagle zgłosił awarię przegrzania i dym poleciał spod auta – później już robiliśmy solidne redukcje biegów do hamowania silnikiem – typu 70 km/h na dwójce).

W końcu nad ranem, koło 9:00 dotarliśmy do parkingu pod Kjeragiem (przy restauracji Øygardsstølen) i zaczęliśmy trekking. Na początek pamiątkowe zdjęcie przy drogowskazie. Zaczyna się przyjemnie schodami. Tutaj wchodziło wiele osób, a byli i tacy, co nie kontynuowali dalej.

Niestety, za schodami zrobiło się trudniej. Stroma, gładka skała, na którą potrzeba najlepiej buty z vibramem, bo inna guma się ślizga nawet po suchej skale (tutaj poślizg w butach Jacka Wolfskina). Strach pomyśleć jak to wygląda po deszczu. Kozy jednak nie miały problemu i radziły sobie lepiej od nas.

W końcu jakieś miejsce, gdzie dało się odwrócić do zdjęcia. Zdobyliśmy tym samym pierwszy z trzech wierzchołków na drodze do Kjeragbolten. I niestety, trzeba stąd było schodzić, aby za chwilę móc znów się wspinać. Było to trochę deprymujące.

Ale za to pojawił się widok na przeciwległą ścianę fiordu Lysefjorden. Potem znowu schody.

I kolejne łańcuchy ze śliskimi głazami, a potem płaskowyż. Jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale większość norweskich fiordów „na górze” wygląda podobnie – wygładzone lodem i śniegiem kamienne płaskowyże.

Jest trochę wilgoci i stawy na płaskowyżu, a trochę dalej schronisko awaryjne gdyby kogoś zastała nagle zła pogoda. Mniej więcej w połowie trasy.

I znów trzeba było schodzić. Już ostatni raz… Nie licząc powrotu na parking. Na dole płynie sobie do fiordu rzeczka, można sobie było opłukać spoconą twarz.

Ostatnie wspinanie po łańcuchach. Pojawia się widok na wodę w fiordzie Lysefjorden.

Niektórzy podchodzili do krawędzi. Ale w końcu trzeba było opuścić ten widokowy moment i piąć się dalej do góry.

Oznakowanie szlaku

I znów wygładzone płaszczyzny „dachu” fiordu. Na zdjęciu widać jak znakowany jest szlak. Czasem trochę zbyt rzadko, ale w orientacji pomagały też kamienne kopczyki (tak w Polsce tępione).

Dłuższy czas szliśmy potem po płaskim, ponad kilometr szczytem fiordu. Ponownie widać było szczelinę fiordu, ale za daleko by zobaczyć wodę.

Kilkanaście minut przez Kjeragbolten, przy rozejściu szlaków na ten głaz lub na punkt widokowy Nesatindane (notabene polecany bardzo jako wynagrodzenie wysiłku jeśli ktoś nie odważył się wejść na Kjeragbolten) – pojawiły się owieczki. Nie bały się ludzi – w końcu mnóstwo Polaków tam przechodzi każdego dnia.

Zeszliśmy nieco w dół i… w oddali pojawił się już słynny głaz, zaklinowany między ścianami wąwozu. Agata weszła pierwsza, ale zdjęcie okazało się dobre dopiero za trzecim razem. Następna była Magda, która też wchodziła dwa razy. Po niej Sonia. I ja też – Boże, ale to było niekomfortowe przy moim lęku wysokości. Ja potrafię się wspinać w eksponowanym terenie, ale jak nie mam 3 punktów podparcia (2 nogi + ręka lub 2 ręce + noga), to mi błędnik zaczyna pływać. A tam jeszcze jacyś ludzie stali na klifie i moje zdjęcie się opóźniało, a mi nogi miękły z każdą sekundą. Na szczęście zrobiliśmy sobie stanowisko asekuracyjne na ringu, który był tuż przed wejściem na kamień, więc w najgorszym razie bym poleciał kilka metrów…

Lina skrócona na „kluczkę” na karabinku, karabinek wpięty w ring; z drugiej strony uprząż wpięta do liny podwójną ósemką. Po powrocie wyszło mi, że zamiast tej kluczki (podwójnej) mogłem przecież równie dobrze zawiązać na karabinku podwójną ósemkę, która w razie odpadnięcia nie zaciska się w niezdejmowalny supeł.

A tak wygląda z tyłu ścieżka podejścia na głaz i sposób, w jaki można wpiąć asekurację. Na lewym zdjęciu ring asekuracyjny jest także widoczny. Dla mnie – dopóki dało się iść przy ścianie, było w porządku. Do momentu, gdzie widać wpiętą linę, było OK. Nogi stały, ręka opierała się o ścianę. Ale potem… Trzeba było puścić ścianę, a podłoże było takie obłe, nogi nie stoją na nim płasko, jest wrażenie, że zaraz pojadą… A podobno nikt tam nigdy nie zginął. Aż trudno uwierzyć.

Kjeragu

Powrót z Kjeragu

Schodzimy, a jest pod górę?

Po chwilach emocji czekała nas jeszcze droga powrotna. 5 km drogi i jeszcze 200 m przewyższenia. Jak to: schodzimy, a pod górę?

I znów śliskie głazy pod górę. Ale chyba trudniejsze były te wyślizgane skały w dół – moje Adidasy Terrexy właśnie tu spode mnie wyjechały. W dole już majaczył parking, więc powoli wycieczka zmierza ku końcowi.