Nigardsbreen to jeden z jęzorów największego lodowca w Europie kontynentalnej – Jostedalsbreen w Norwegii. Jest jednym z najczęściej odwiedzanych lodowców kraju. Dodatkową atrakcją dla turystów jest możliwość podpłynięcia łódką do czoła lodowca.
Nigardsbreen znajduje się w południowo-zachodniej części kraju. Ze względu na występujące tu szczeliny oraz odłamujące się bryły lodu, które były już kilkukrotnie przyczyną śmiertelnych wypadków, na sam lodowiec można wejść tylko z przewodnikiem lub po wcześniejszym przeszkoleniu.

Autor: Przemysław Borys

Lodowiec Nigardsbreen

Przystań łódki, która podwozi turystów od parkingu do szlaku na lodowiec

Lodowiec Nigardsbreen

Na horyzoncie widać jęzor lodowca. 20 lat temu lodowiec sięgał tu gdzie stoimy!

Ponieważ przewodnik na Nigardsbreen zaczynał dopiero około 10:00, a dojazd pod lodowiec zajmował niecałą godzinę – mogliśmy sobie ten jedyny raz pospać trochę dłużej. Na zdjęciu po lewej przystań łódki, która podwozi turystów od parkingu do szlaku na lodowiec. Ściślej, to można też do lodowca dostać się szlakiem terenowym bez łódki, ale tablice określają go jako „challenging”. No i my mamy tu wejście na lodowiec z przewodnikiem, więc łódka jest w pakiecie (koszt w 2025 955 NOK/os, Jostedalen Breførarlag, jedna z najrozsądniejszych ofert).
Po zejściu z łodzi jest 1.5 km pod lodowiec. Naszym przewodnikiem był nepalski szerpa, który dość szybko tam zasuwał i większość grupy się zmęczyła. Na drugim zdjęciu poniżej na horyzoncie już widać jęzor lodowca. A jeszcze 20 lat temu lodowiec sięgał tu gdzie stoimy! To jest wymierny obraz globalnego ocieplenia. Teraz zostały tylko wygłaskane lodem skały.

Lodowiec stale się wytapia i płynie z niego dość rwący potok. Chwilę dalej informacja: nie wolno wchodzić na lodowiec bez przewodnika (lub przeszkolenia). Dodatkowo załączone opisy tragedii z 2014 r. (gdy pod dwójką rodziców załamał się lód nad ujściem rzeki – zginęli) i z 2018 r., gdy zginął austriacki turysta po tym jak oberwał się blok lodu i wpadł do rzeki. Kawałki lodu poobijały jeszcze 9 innych osób.

Za barierkami już blisko do miejsca gdzie trzeba założyć raki.
Niebieski lód. Skąd on się bierze? Jest to stary, sprasowany ciężarem lodowca lód, który rekrystalizuje do postaci pozbawionej defektów rozpraszających padające światło. Zabarwienie jest analogiczne do zabarwienia czystej wody, bo cząsteczki wody pochłaniają najsilniej czerwoną część widma.

Zakładamy raki. Dalej będziemy już wędrować po lodzie, a tam jest bardzo ślisko. To nie jest śnieg.

Rozpoczynamy wspinaczkę. Na samym początku przewodnik funduje nam największą chyba atrakcję – wejście do lodowej jaskini – dawnego kanału, którym spływała woda, a teraz najwyraźniej znalazła sobie inną drogę i tu można wejść „na sucho”.

Ach to niebieskie światło w środku. Dalej zdjęcie Agaty z telefonu.

Lodowiec Nigardsbreen

Ach, to niebieskie światło w środku…

Lodowiec Nigardsbreen

Wszędzie pełno spękań pokrywy. To jest bardzo niebezpieczne tuż po zimie, kiedy szczeliny przykryte są śniegiem (i można w nie nieopatrznie wpaść). Dlatego też nawet latem, kiedy wszystko widać, idziemy związani liną. Nigdy nie wiadomo kiedy załamie się lód nad jakimś korytarzem poniżej.

A tak taka szczelina wygląda w środku. Trochę się nagimnastykowałem z fotografowaniem, ale idąc na końcu wycieczki nie było łatwo.

Lodowiec NigardsbreenLodowiec Nigardsbreen
Kolejna fajna niebieska szczelina. I ja znowu się gimnastykuję. Tak, tak, nie trzymam tu poprawnie czekana (powinno być za głowicę, łopatką do przodu) – no bo trzeba uwolnić prawą rękę na zdjęcie.

Lodowiec Nigardsbreen

A to efekty gimnastyki.

Dochodzimy tu wreszcie do miejsca na „lunch”. Nasz Szerpa robi wszystkim zdjęcia przy szczelinie z wodospadzikiem. Młodzieży również.

Lodowiec Nigardsbreen
Na lodowcu łatwo można sobie schłodzić oranżadę.

Widok na dalsze partie lodowca – cały jego masyw nazywa się „Jostedalbreen”, a Nigardsbreen jest tylko jednym z jego jęzorów.

Dziesiątki kilometrów śniegu lodowca Jostedalbreen. Można go wpisać w taki prostokąt 20 km na 60 km. Obok zbliżenie jego wież lodowych.

A tutaj znów niebieska szczelina, taka jakby wagi… organiczna.
Po lunchu przewodnik pyta „to co, chcecie łatwo dalej, czy trudniej?” – no i wyszło, że chcemy trudniej. A czy ktoś zauważył, że Agata ma profesjonalne okulary lodowcowe? Od naszego Szerpy.

Lodowiec Nigardsbreen

W takim razie ruszamy ku wieżom lodowym i spróbujemy się na nie wspiąć. Pod nogami w spękaniach ciurka woda.

Nie widać tego dobrze, ale idziemy tutaj wąziutką lodową granią. I wspinamy się wyżej.

Lodowiec Nigardsbreen

Nasze cienie wędrują na przeciwległym grzbiecie lodowym

Nasz Szerpa przygotowuje dalszą trasę – poszerza ostre granie, zbija z nich czekanem te ostrza, abyśmy mogli postawić stopy (pomimo tego nie było super stabilnie).

Przed nami spękania pokrywy lodowca. My schodzimy przygotowanymi schodkami.

Ostra grańka do przejścia i pomału schodzimy. Skrzy się lód i jeszcze mamy dane obejrzeć jedną niebieską dziurę.

Pęknięcia wzdłuż szlaku i w jednym takim dużym pęknięciu idziemy.

Lodowiec Nigardsbreen

Pełno żwiru uwiązanego w lodzie, a jednak się błyszczy

Lodowiec Nigardsbreen

Typowa szczelina odszczepionego bloku lodowego.

I już na stałym gruncie. Myjemy raki w rzeczce. Na zdjęciu po prawej widać miejsce, gdzie sięgał lód w 2003 r., kiedy nasz Szerpa był tu po raz pierwszy – z głupia frant zapytałem czy był tu lód, powiedzmy, 100 lat temu.