Kiczery. Podróż przez BieszczadyAdam Robiński zaprasza nas na wędrówkę przez bieszczadzkie połoniny i wyludnione wsie pogranicza Polski, Słowacji i Ukrainy. Jest to nie tylko relacja z podróży, która nie ma żadnego innego celu poza byciem w drodze, ale też współczesne spojrzenie na Bieszczady i szukanie odpowiedzi – czy są one w istocie takimi, do których przyzwyczaiły nas powtarzane stereotypy?

Adam Robiński (ur. 1982) – dziennikarz, debiutował w „Życiu Warszawy”, związany m.in. z „Rzeczpospolitą” i „National Geographic Polska”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Finalista Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy. Jego książka Hajstry zdobyła tytuł Podróżniczej Książki Roku w konkursie Travelery 2018 oraz Nagrodę Magellana 2018. Była także nominowana do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza oraz Nagrody Conrada.

 

“Nie ze względu na wspólną z autorem miłość do chodzenia polecam książkę Robińskiego. Nie z wdzięczności za opis trzech orlików krzykliwych tańczących w powietrzu, nie za wnikliwą lekturę wilczych tropów i uważne przyglądanie się zawartości wilczych kup. Nawet nie za wysublimowany zachwyt nad sędziwymi drzewami, tak dziś potrzebnymi w krajobrazie i środowisku. Nie czytałbym tej książki i nie pisał o niej, gdyby nie obecna w niej – zauważalna z wycieczki na wycieczkę – troska o przyrodę. Robiński, bardziej lub mniej świadomie, zrywa z mitem dzikich Bieszczadów, które można wycinać i zdobywać bez końca. Porusza nas historią zabitej bez sensu wilczycy. Zauważa okaleczony wyrębem Otryt. Dzieli się żalem staruszki nad wyciętą przez leśniczego pięciopienną jodłą. W jego opowieściach przyroda jest krucha. Potrzebuje podziwu i uwagi, nie piły i ciągników, wlokących ścięte jodły korytami strumieni. To pierwsza świadoma i bliska mi opowieść o Bieszczadach, jaką czytałem.”
Michał Książek

Książka jest do nabycia online w sklepie internetowym Wydawnictwa  Czarne

Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem książki:

Adam Robiński

„Kiczery. Podróże przez Bieszczady”

Zatrzymałem się na dłużej w Ustrzykach Górnych, żeby popracować nad notatkami. Jednoosobowy pokój z biurkiem, łóżkiem, fotelem i telewizorem, który nic nie łapał, zamieniłem w dom pracy twórczej pod egidą PTTK. Wataha oknówek pod okapem była skuteczniejsza niż jakikolwiek budzik. Co rano wstawałem w przekonaniu, że leje jak z cebra. Potem odchylałem zasłony – to tylko szumiał potok. W weekendy w hotelu roiło się od trzech pokoleń turystów, a właściciele sklepu i restauracji uważnie pilnowali swoich miejsc parkingowych. Promil z ponad pół miliona starannie liczonych gości, którzy rokrocznie odwiedzali park narodowy. W dni powszednie śniadania jadłem sam jak palec, a kelner nie przestawał się dziwić, że wciąż tu jestem.

Planowałem przeprawić się na Słowację. W schronisku pod Rawkami wypiłem piwo, potem wdrapałem się na grań. Zimny wiatr na lewym policzku, grafitowe niebo na południu. Żółty śmigłowiec wywijał oberka nad połoninami. Jedno, drugie, trzecie okrążenie. Ktoś zgubił się w górach.

Szlak dobijał do granicznych słupków. Biało-czerwony pod ręką, kanarkowo-niebieski na jej wyciągnięcie. Ścieżka wchodziła między nie, a potem na łeb na szyję gnała na zachód. Kilkaset metrów w dół, kilkaset metrów w górę, wciąż leśnym tunelem. Na dnie zagłębienia złapał mnie deszcz. Przeczekałem go pod bukową koroną, przepełniony dziwnym poczuciem czyjegoś spojrzenia na karku. Słupek numer sześć, numer pięć, cztery, trzy, dwa, wreszcie ostatni. Trójstyk trzech granic. Polska, Ukraina i Słowacja podzielone jak tort hojnie obsypany bukwią. To dla was, to dla was, to dla nas. Smacznego. A potem ze szczytu Krzemieńca zbiegłem w buczynę Stužicy i znalazłem się w zupełnie innym świecie.

Słowacki jest bogatszy od polskiego o rzeczownik prales. Po polsku to będzie chyba pralas, jak prababcia albo pradziadek. Pralas nie domaga się ozdobników, określeń, przymiotników. W sześciu literach mieści się cała masa żywej i martwej materii organicznej. Drzewa starsze niż najstarsza konstytucja. Ich korony sięgają chmur. Ocieniony podszyt przypomina pustynię. W bukowych pniach lęgną się kosmiczne stworzenia pokroju nadobnicy alpejskiej. Gnijące drewno staje się pożywką dla armii grzybów, mchów i porostów. W rzeczowniku pralas mieszczą się zagłębek bruzdkowany, krocionóg piaskowy i opieńka miodowa. Wiatrołom, śniegołom i wykrot. Opuszczona gawra, aromat zbutwiałego drewna i wiekuisty cień. Nie mieści się w nim natomiast żadna droga zrywkowa.

Do zmierzchu miałem ledwie trzy godziny, więc szedłem z duszą na ramieniu. Zgubić się znaczyłoby spać w lesie, po którym hasają niedźwiedzie i straż graniczna. Szlak był wyznakowany raczej umownie i z dużą swobodą. Inaczej niż w Polsce. Symbole chowały się na chudych pniach młodych buczków, które miały tu rosnąć jeszcze przez dziesięciolecia, a potem zastąpić starsze pokolenia. Podobało mi się to dalekosiężne kombinowanie znakarza. Świetnie wpisywało się w długie trwanie pralasu. Ale irytowała mnie też jego nonszalancja. Dochodziłem do jednego znaku, a potem wytężałem wzrok, żeby zobaczyć kolejny. Czasem szukałem ich metodą prób i błędów. Nie tu, to może tam? Nie w dół, to może z powrotem do góry? Jeden potok, drugi, trzeci w głębokim wąwozie. Opierając się o grubą jodłę, wypiłem resztki wody z bidonu i spojrzałem na mapę. Zamiast zabudowań Novej Sedlicy miałem przed sobą jeszcze jedną górę i rzekę. Brakowało mi już dla nich cierpliwości.

Do wsi doszedłem, gdy słońce schowało się już za Czerteżem, a ludzie zganiali z  pastwisk ostatnie krowy. Jeszcze wcześniej skończył się pralas, a zaczął las. Szlak wyszedł spomiędzy starodrzewia na łysą polanę. Odchodził od niej labirynt dróg. Koleinami płynęła deszczówka. Każdy krok lądował w błocie.

W restauracji pensjonatu Kremenec w Novej Sedlicy z radia leciała znajoma melodia. Hej, sokoły śpiewane po słowacku brzmiało o wiele mniej nostalgicznie niż po drugiej stronie karpackiego wododziału. Na potrzeby filmu Čiara, czyli Granica, nagrano piosenkę skoczną i wesołą.

Na podjeździe stały dwa wysłużone volkswageny passaty. Ich właściciele, krępi robotnicy, jedli jajecznicę z chlebem. Zamiast kawy mieli piwo, zamiast herbaty zamówili po lufce czegoś mocniejszego. Barmance, jak się domyślałem chlebodawczyni, obiecali, że skończy się na jednej.

– Z Moraw? – rzucili w moją stronę. Myśl, że mogłem przyjść z północy, była dla nich zbyt irracjonalna.

Na piętrze, gdzie spędziłem poprzednią noc, wśród folderów reklamujących historyczny region Zemplin znalazłem wysłużony dziennik Františka Lízny Szedłem wytrwale. Lízna był jezuitą i piechurem. Pochodził – a jakże – z Moraw. W 2004 roku pielgrzymował ze Świętej Góry koło Przybramu do Santiago de Compostela. Kilka lat później wyprawił się pieszo ze Słowacji na Krym, za początek wędrówki biorąc Krzemieniec. Oto, jak opisał pierwszy dzień drogi na trasie, którą dopiero co poznałem:

Nocleg przypominał madejowe łoże, w nocy budziły mnie głód i pragnienie. O siódmej rano napiłem się wody z potoku, co nieco zjadłem i jeszcze na chwilę przysnąłem. Potem spakowałem plecak i zacząłem schodzić z pięknej góry. Nagle pojawili się dwaj policjanci. Powiedzieli, że droga na dół przez kopiec jest trudna, więc łatwiej będzie iść wzdłuż potoku. I tak było mi ciężko, raz zapadłem się po łydki w mokradle. W końcu natknąłem się na szlak turystyczny koloru czerwonego. Wtedy już wiedziałem, że jestem uratowany. Ale zaraz zaczęła się burza, przemoczony dotarłem do schronu, w którym przed deszczem chowało się już czterech pracowników leśnych. Ciężko było mi ich zrozumieć, mówili po rusińsku. Ale zrozumiałem, że przez kopiec bym nie przeszedł. Mówili też, żebym wysłał książkę o swojej wędrówce do Santiago de Compostela prawosławnemu księdzu ze Zboja.
Po deszczu zszedłem do Novej Sedlicy, droga prowadziła mnie śpiewająco. Uświadomiłem sobie, że już ją znam, szedłem nią w 1985 roku z Krzemieńca na Święty Hostýn. Zdziwiłem się, że mi to trudne zejście uleciało z pamięci.
Teraz jestem w maleńkim pokoiku w pensjonacie Kremenec. Uprałem swoje rzeczy, odprawiłem mszę świętą i zjadłem pysznie doprawionego pstrąga
Kończąc notatkę, Lízna uskarża się jeszcze na natarczywego pijaka i chwali swoje buty trekingowe. Dzień wieńczy wypisem z księgowości; minus czterysta słowackich koron za nocleg i jedzenie.

Poprzedniego, kiedy pokonywał tę samą drogę w przeciwnym kierunku, pisał o nieprzystępnym lesie, głębokiej zieleni, mokrych roślinach, stromym zboczu i śliskich kamieniach, przez które dwa razy upadł. Na szczycie Krzemieńca był przemoczony, wyczerpany i przestraszony. Bał się, że jeśli złamie nogę, może przeleżeć w lesie nawet tydzień, zanim ktoś go znajdzie. Nie miał ze sobą karimaty. Owinął się wszystkim, co miał, a potem zasnął. Kto wie, czy w tym przygnębieniu nie przyśniło mu się wówczas kilka zdań, którymi narrator W Patagonii obdarował perskiego misjonarza bahaizmu: „Dziś rano moja religia żadna. Moim bogiem jest bóg piechurów. Jeżeli maszerujesz wytrwale, nie potrzeba ci innego boga”.

Napuchnięte niebo tylko czekało, by eksplodować, więc zamiast wrócić do lasu, wsiadłem w autobus do Sniny.

Pierwszym, co rzucało się w oczy po tej stronie Karpat, była krajobrazowa pustka. Wsie kończyły się wraz z tablicą z przekreśloną nazwą miejscowości, a łąk nie zasłaniały billboardy. Zupełnie jakby nikt nie miał tu nic nikomu do sprzedania. Za to zbocza gór przypominały wydzierankę z krepiny. Wąskie paski drzew w różnym wieku. Podrosty, młodniki, tyczkowiny, drągowiny ułożone bez ładu i składu. Naprzemiennie, w trudnej do uporządkowania kolejności. Gospodarz tutejszych lasów zamiast głębszym namysłem kierował się najwyraźniej fantazją.

W Sninie, niedaleko dworca autobusowego w sąsiedztwie przystrzyżonej na świderek tui, stał kamienny Jan Paweł II. Pod stopami miał kilkanaście zniczy. Kiedy wpatrywałem się w trzy wyciągnięte palce jego prawej dłoni, próbując odgadnąć intencję artysty, poszedł do mnie młody chłopak.
– Turysta? – zapytał.
– Turysta.
– I tak sobie idziesz? – ciągnął, wymachując rękami jak parowóz wiązarami. Być może trzymał w nich niewidzialne kije trekingowe.
– Idę.
– A skąd przyszedłeś? Z Moraw?
– Przez góry, z Polski, z Krzemieńca.
– Z Krzemieńca? Pięknie! To on wasz. – Pokazał na pomnik, podał rękę, życzył dobrej drogi i zniknął w budynku kościoła, nie czekając na odpowiedź.
– Ano nasz – rzuciłem więc w osobliwe oblicze Jana Pawła, przez chwilę zastanawiając się, czy nie była to sugestia, by zabrać go ze sobą.

Obszedłem Sninę pętlą w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Obok stacji kolejowej były tylko taksówki. Deptak płynnie przechodził w rynek. Stał na nim jeszcze jeden pomnik. Mieszkańcy mówili o niej Anička. Anička była szczupłą, bosą dziewczyną w sukni po kostki. Miała długą szyję, okrągłe, kształtne piersi, a w jej wyciągniętej dłoni powiewała chustka. Klasyczna diwa socrealu. W pierwszym odruchu pomyślałem, że oto jeszcze jedna kobieta wysyła w daleki świat swojego chłopa. Ale potem przeczytałem podpis, który umieszczono na cokole. Najwyraźniej Aničkę uwieczniono w chwili szorowania okien. ŻYJCIE TAK, ACH TAK, JAK ŻYĆ CHCIELIŚMY I MY – cytat z poety Ladislava Novomeský’ego brzmiał w cieniu Karpat dziwnie ponadczasowo.